Kochani!
Przepraszam
za kolejną długą przerwę, ale właśnie jestem we Włoszech i
prawie w ogóle nie mam dostępu do internetu. Siedzę teraz w
kawiarni gdzie mają wi-fi i piszę. Niestety pomysły jak na złość
pouciekały mi z głowy. To znaczy ciągle tam są, ale albo dotyczą
późniejszych dziejów tego opowiadania, albo czegoś zupełnie
innego. Postaram się skończyć następny rozdział tak szybko jak
mi się uda, ale nie mogę podać terminu. W zamian za to, że
czekacie (za co jestem wam bardzo wdzięczna, szczególnie kiedy
widzę te ponad 650 wejść) mam dla was coś co zaczęłam pisać
podczas siedemnastogodzinnej podróży. Dzieje się jakby w
przyszłości i opowiada o dzieciach Hermiony i Draco, Ginny i
Blaise'a i Harry'ego i Luny. Myślę nad założeniem drugiego bloga
opowiadającego o nich, ale to zależy od waszej opinii. Wstawiam
więc prolog oraz pierwszy rozdział. Piszcie w komentarzach co o tym
myślicie.
Z
dedykacją dla wszystkich komentujących!
Pozdrawiam
z gorących Włoch!!!
Cassandra
Prolog
-Malfoy
i Granger, nie powiem, ciekawa mieszanka.-zaczęła tiara przydziału
kiedy tylko założyłam ją i usiadłam na stołku.-Dwie osoby przez
lata żywiące do siebie szczerą nienawiść. Bardzo ciekawe...
Tylko gdzie by cię tu przydzielić...?
-Może
do Gryffindoru...?-podsunęłam niepewnie.
-"Może
do Gryffindoru" nie wierzę, że powiedział to ktoś kto nazywa
się Malfoy. Jesteś odważna, przyjaciele są dla ciebie
najważniejsi... Nadawałabyś się do Grffindoru. Ale jesteś też
sprytna i czystokrwista, co z kolei pozostawia ci otwarte drzwi do
Slytherinu. Poza tym jesteś nieprzeciętnie inteligentna dzięki
czemu bez problemu mogłabyś trafić do Revenclawu... Jednak skoro
chcesz... Niech ci będzie: Gryffidor!
Szczęśliwa
zdjęłam tiarę przydziału i pobiegłam do stołu gyffonów przy
którym rozległy się oklaski i wiwaty. Usiadłam obok ciemnowłosej
dziewczyny, na oko trzynastoletniej.
-Cześć.-powiedziała
uśmiechając się do mnie.-Nazywam się Sara Johnson.
-Alicia
Malfoy.-odwzajemniłąm uśmiech i odgarnęłam kosmyk niesfornych
brązowych włosów z czoła.-Czy twoja mama to...?
-Angelina
Johnson? Tak, ciągle gra w quiditcha i w sezonie prawie nie ma dla
mnie czasu. A twoją mamą jest jedna z Wielkiej Trójki? Hermiona
Granger?
-Tak.-odparłam.-Teraz
Malfoy.
-Oczywiście,
czy to nie było tak, że oni się nienawidzili? Twoi rodzice? Mama
mi opowiadała...
-Było
i preminęło.-uśmiechnęłam się.-Są przykładem na to, że od
miłości do nienawiści droga niedaleka, a i tego, iż te dwa
uczucia dzieli jedynie cienka ściana, którą przy odrobinie wysiłku
da się bardzo łatwo zburzyć.
-Nie
widac po tobie, że jesteś z Malfoy'ów. Wydajesz się być miła i
z wyglądu też ich nie przypominasz. Oczywiście bez urazy dla
Malfoy'ów...
-Nie,
spokojnie. Mam oczy po tacie, resztę po mamie. Włącznie z
charakterkiem.-uśmiechnęłam się widząc rozbawienie na jej
twarzy.
Miła
jest.-pomyślałam.-Oj, chyba powinnam zacząć uważać. Zaraz
przyjdzie kolej na Jake'a.
Syn
wujka Harry'ego tak jak ja trafił do domu lwa. James usiadł
naprzeciwko mnie i popatrzył znacząco na Jake'a.
-Jak
myślisz, gdzie trafi?-spytał zaniepokojony o swojego najlepszego
przyjaciela.
-Nie
wiem. Ma równie duże szanse na Gryffindor jak i na Slytherin. A co
z Weasley'ami? Masz z nimi jakiś kontakt?
-Tylko
taki jak ty. Jeśli w ogóle możemy zaliczać ciocię Gin do
Weasley'ów. Myślę, że trafią do Gryffindoru. W końcu ich
rodzice obydwoje byli w Gryffindorze. Nie wiem dlaczego, ale byli. O,
kolej na rudzielców.
Rzeczywiście.
Rosalie Molly Weasley właśnie została wyczytana przez profesor
Mcgonagall. Po krótkiej chwili podeszła zadowolona do naszego stołu
powitana oklaskami. Zaraz po niej przyszła kolej na jej brata,
Williama Artura, którego również przydzielono do domu lwa.
Wreszcie dyrektorka przeczytała:
-Jacob
Beleth Zabini.
Nasz
najlepszy przyjaciel założył na głowę tiarę przydziału i
usiadł na tym samym starym, wysłużonym stołku, na którym siadało
mnóstwo tak samo zestresowanych pierwszorocznych.
-A
sie porobiło! Znowu połączenie ślizgona i gryffonki! W dodatku z
tych samych czasów. Umówili się, że będą mieć dzieci z tego
roku, czy co?-po całej sali potoczył się cichy chichot. Jake jak
zawsze próbował udawać pewnego siebie, ale i ja i James
wiedzieliśmy, że się denerwuje.- No, ale mówi się trudno. Mimo,
że twoja matka była z Gryffindoru u ciebie przeważają cechy ojca.
Oczywiście, przyjaciele są dla ciebie ważni, ale nie aż tak jak
na przykład dla młodej Malfoy'ówny. W takim razie nie pozostaje
nam nic innego jak: Slytherin!
Na
moment z oczu Jake'a zniknęły te radosne iskierki, które zawsze mu
towarzyszyły, nawet w najgorszych chwilach. Jadnak zaraz się
otrząsnął, wstał ze stołka, zdjął z głowy tiarę i ruszył w
stronę stołu śizgonów, który przywitał go gromkimi
oklaskami.Popatrzyłam na Jamesa ze smutkiem, a on pokiwał głową.
-Wiem.
Też bym wolał, żeby był z nami, ale będziemy się widywać na
lekcjach, posiłkach, możemy nawet chodzić razem na błonie...
Pokręciłam
głową.
-On
się przy nich zmieni, J. On już nie będzie tym samym Jake'iem,
którego znaliśmy.
Rozdział
1
6 lat
później
Razem
z Jamesem wyszliśmy przed dom moich rodziców. Musieliśmy chociaż
przez chwile odpocząć od gwaru panującego w środku. To był
ostatni dzień przed powrotem do szkoły. Mieliśmy zacząć siódmy
i ostatni rok nauki. Ogarnięta jakąś dziwną euforią spowodowaną
najprawdopodobniej ostatnimi chwilami wolności krzyknęłam:
-Kto
ostatni na łące całuje stopy Filtcha!-rzuciłam się do ucieczki
nie czekając na reakcję Pottera.
Usłyszałam,
że James biegnie za mną więc przyśpieszyłam. Kiedy byłam mniej
więcej w połowie drogi zdałam sobie sprawę, że już go nie
słyszę. Rozejrzałam się dookoła. Nie znałam tego miejsca.
Nigdzie nie było też go widać.
-J?-zawołałam
niepewnie w głąb lasu. Usłyszałam cichy szelest liści.-James?
Nagle
poczułam że coś łapie mnie w pasie i ciągnie do tyłu, na
ziemię. Pisnęłam cicho ale ktoś zatkał mi usta ręką. Nie
wiadomo skąd nade mną pojawił się Jake. Chciałam krzyknąć ale
wciąż na mnie siedząc przyłożył mi palec do ust. Rozejrzał się
dookoła i zabrał palec.
-Możesz
mi powiedzieć skąd się tu wziąłeś? Albo nie. Wiesz co? Najpierw
ze mnie zejdź.-powiedziałam to wszystko głosem wypranym z
jakichkolwiek emocji.
Jake
wstał i podał mi rękę. Nie przyjęłam jednak jego propozycji i
podniosłam się sama. Moja cudna delikatnie różowa sukienka
wyraźnie ucierpiała przy moim jakże bliskim spotkaniu z glebą.
-Co
tu robisz?
-Stoję,
skarbie. Nie widzisz?
-Pytam
poważnie, Jacob. Co ty tutaj robisz?
-O to
już nie jestem "Jake"? "Jakie"?
-Zaczynam
tracić cierpliwość.
-Dobrze,
już dobrze, skarbie.
-Nie
mów do mnie "skarbie"-warknęłam.-Nie jestem twoim
"skarbem".
-Ja
tak łatwo nie zapominam, kotku.-uśmiechnął się złośliwie.
-Ja
też. Wciąż pamiętam jak mnie zwyzywałeś, obraziłeś moją
mamę, mojego tatę i Jamesa. Wciąż pamiętam jak twoi rodzice
rozpaczali kiedy uciekłeś. Wciąż pamiętam jak ty bez żadnych
skrupułów potrafisz rozpieprzyć ludziom całe życie. A teraz, po
tym wszystkim bezczelnie przychodzisz do mojego lasu, atakujesz mnie
od tyłu, uciszasz i próbujesz bawić się ze mną w swoje głupie
gierki nazywając mnie "skarbem"?!
-Ali?-usłyszałam
głos Jamesa.-Jesteś tu?
-Tak!-odkrzyknęłam.-Chodź
tu, szybko!
Jakieś
dziesięć sekund później James wyłonił się z zarośli za mną.
-Co
się...?-umilkł widząc Jake'a.-Co on tu robi?-jego głos był
równie wyprany z emocji jak mój na samym początku, bo teraz w moim
wyraźnie słychać było wściekłość.
-Właśnie
próbuję się tego dowiedzieć.-powiedziałam mierząc byłego
przyjaciela spojrzeniem pełnym pogardy.-Ale cały czas nie mogę
doczekać się odpowiedzi.
-Co
tu robisz Jake?-spytał James wchodząc pomiędzy mnie, a Jacoba,
żeby w razie czego mógł mnie bronić.-Bez słowa odcinasz się od
ludzi, którym na tobie zależało na ponad pół roku, a potem nagle
wracasz i myślisz, że wszyscy będą się cieszyć? Naprawdę
myślisz...-zaczął kolejne zdanie, ale w tym momencie usłyszeliśmy
trzask i Jake'a już nie było.
Aportował
się.
-Oczywiście!-krzyknęłam
wściekła w głąb lasu.-Uciekaj! To chyba twoja specjalność,
prawda?!-opadłam bezsilnie na kolana.
James
kucnął przede mną.
-Czemu
nie dobiegłaś do łąki?
-Nie
wiem. Chyba zboczyłam z drogi. W pewnym momencie przestałam słyszeć
twoje kroki, a potem on przewrócił mnie na ziemię i kiedy chciałam
krzyknąć uciszył mnie. Kazałam mu z siebie wstać i spytałam co
tu robi, a on...-streściłam mu resztę rozmowy.
James
patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem wstał i wyciągnął
do mnie rękę. Przyjęłam ją i podniosłam się z ziemi. Kiedy już
stałam objął mnie i przyciągnął do siebie. Zdziwiłam się
trochę, ale po kilku sekundach zdałam sobie sprawę, że czuję się
niezwykle bezpiecznie w jego ramionach. Wtuliłam się w niego
jeszcze bardziej i mruknęłam prosto w jego błękitną koszulę:
-Jest
bardzo miło i w ogóle, ale rodzice chyba będą się o nas martwić,
J. Poza tym musimy im powiedzieć o... NIM.
-Wiem.-powiedział
z twarzą wciąż ukrytą w moich włosach.
Jednak
po chwili odsunął się ode mnie.
-Masz
brudną sukienkę.-zauważył.
-Wiem.-westchnęłam.-To
przez niego.
-Pomógłbym
ci z tym, ale nie wziąłem różdżki.
-Ja
też nie. Chodź już. Wracajmy.-szepnęłam i wzięłam go za rękę.
Wolałam już nie ryzykować rozłączeniem się w lesie.
Kiedy
doszliśmy na skraj lasu zauważyłam moją mamę, mamę Jamesa i
mamę Jacoba stojące przed domem i ze zniecierpliwieniem o czymś
dyskutujące. Pierwsza zauważyła nas moja mama.
-Ali!
James! Gdzie wy się na Merlina podziewaliście?! Co wy sobie
myślicie?! Mieliście wyjść tylko przed dom!
-Mogliście
nam chociaż powiedzieć, że idziecie do lasu!-zawtórowała jej
ciocia Luna.
-Spokojnie,
proszę.-powiedział James.-Musimy wam o czymś powiedzieć.
Nasze
mamy spojrzały na siebie z przerażeniem.
-Co
wy wyprawialiście w tym lesie?!
-Na
moment spuścić was z oka!
-Spokojnie.
To w zasadzie nic związanego z naszą dwójką. Przynajmniej nie
cieleśnie.-powiedziałam i skrzywiłam się trochę zażenowana
bezpodstawnymi podejrzeniami naszych mam.-Ale
potrzebujemy,
żeby tata i wujek Blaise byli. I wujek Harry też.
-W
porządku.-powiedziała już w miarę uspokojona mama.-Chodźcie do
środka.
Ruszyliśmy
za ciocią Gin i mamami do domu. W salonie siedzieli nasi ojcowie i
wujek Blaise popijając ognistą whiskey.
-A
nie mówiłem, że będą w lesie.-powiedział tata zanim mama
zdążyła otworzyć usta.-Nie powinnaś była tak się denerwować,
kochanie.
Usiadłam
na kanapie obok niego, a James przycupnął z mojej drugiej strony.
Mama usiadła na fotelu i pogłaskała się po swoim ciężarnym już
porządnie wypukłym, ośmiomiesięcznym brzuchu. Ciocie usiadły na
jednej wielkiej pufie i oparły się jedna o plecy drugiej.
-To
co chcieliście nam powiedzieć?-zapytała mama.
-Chodzi
o to, że-zaczął James, a ja upewniając się uprzednio czy mama
nie patrzy wyjęłam delikatnie tacie szklaneczkę z ręki, dopiłam
resztkę bursztynowego płynu i oddałam mu ją. Uśmiechnął się i
pokręcił głową z niedowierzaniem. Odwzajemniłam uśmiech i
przyłożyłam palec do ust patrząc na mamę. Pokiwał głową ze
zrozumieniem ponownie napełniając puste naczynie.-kiedy szliśmy do
lasu...
-Ścigaliśmy
się na łąkę w samym środku lasu.-poprawiłam go czując
jak rozgrzewający płyn krąży po moim ciele dodając mi odwagi.-To
był mój pomysł. Jednak podczas biegu w pewnym momencie musiałam
zboczyć z drogi i trafiłam zupełnie gdzie indziej gubiąc w ten
sposób Jamesa. Usłyszałam jakiś szelest i potem ktoś pociągnął
mnie na ziemię. Stąd też brud na mojej sukience.-ostatnie zdanie
wypowiedziałam z niesmakiem i najwyraźniej nieświadomie zrobiłam
jakąś śmieszną minę, bo James i tata parsknęli śmiechem i
reszta też się uśmiechnęła.-No, ale trudno, wypierze się. W
każdym razie kiedy już leżałam na ziemi nade mną pojawił się,
a konkretniej usiadł na mnie Jacob.
Wszyscy
zamarli. Wszyscy poza Jamesem i mną. Wujek Blaise zatrzymał się ze
szklaneczką w połowie drogi do ust, ciocia Luna właśnie
poprawiała włosy, a mama drapała się po kolanie. Nikt nic nie
mówił. Po minucie absolutnej ciszy w końcu odezwała się ciocia
Gin.
-Jacob?-spytała
lekko zachrypniętym głosem.-Mój Jake?
Pokiwaliśmy
z Jamesem głowami. Po policzkach cioci popłynęły łzy.
-Mówił
coś?-zapytał wujek Blaise?-Dlaczego uciekł?
-Nie,
ostatecznie nic mi nie powiedział, ale pytałam. Zadałam mu to
pytanie conajmniej trzy razy. Jego odpowiedzi były równe z niczym.
Oczywiście nie obyło się bez ochrzanienia go za to wszystko. Potem
pojawił się James i zaczął przemawiać mu do rozsądku, a on się
deportował. Nie wiemy gdzie się udał ani co ma zamiar zrobić.
Wujek
Blaise wstał i objął swoją żonę.
-Miona,
Draco, myślę, że musimy już iść. Przepraszamy, ale może...
Może wrócił do domu i rozumiecie...
-Oczywiście,
że rozumiemy, Blaise.-powiedziała mama wstając.-Mam nadzieję, że
wszystko w końcu wróci do normy.
-Dziękuję.
I wam też, Ali i James. Dzięki wam przynajmniej wiemy...że żyje.
Po
tych słowach deportowali się.
-My
chyba też powinniśmy się zbierać.-powiedział wujek Harry.-Za
dużo wrażeń, poza tym jest już późno, a ty James wciąż nie
jesteś do końca spakowany.
Spojrzałam
na niego z dezaprobatą. Ja byłam w pełni spakowana już od trzech
dni. James uśmiechnął się nieco speszony.
-W
takim razie do zobaczenia na peronie.-powiedziałam przytulając go
kiedy już żegnaliśmy się przed drzwiami.-Tylko się nie
spóźnij.-upomniałam go kiedy już się od siebie odsunęliśmy.
-Ja
się nigdy nie spóźniam.-powiedział.
-A ja
jestem Dumbledore.-zironizowałam z lekkim uśmiechem.
-Dobranoc.-powiedział
cicho patrząc mi w oczy.
-Dobranoc.-szepnęłam
odpowiadając mu tym samym.
Całkiem spoko. Tylko brakuje mi wrednego Malfoya.
OdpowiedzUsuńCiekawy pomysl i fajnie napisane.Pojawila sie dalsza czesc, bo bardzo chetnie bym przeczytala? A jak tak to na tym blogu czy innym?
OdpowiedzUsuńZ gory dzieki