wtorek, 24 grudnia 2013

Święta-czas wybaczania

Kochani!
1.Wybaczcie tak długą przerwę, niestety koniec semestru nie jest niestety okresem, w którym ma się czas na coś poza szkołą :(. Rozdział się pisze i obiecuję, że pojawi się w ciągu najbliższych dni. 
2. WESOŁYCH ŚWIĄT DLA WSZYSTKICH! Żebyście byli zdrowi, radośni, mieli dobre stopnie i żebyście nadal byli tacy cudowni jak teraz!!! <3 <3 <3 
3. Ten kto jeszcze nie czytał MUSI przeczytać Draco dormiens, Draco sinister i Draco veritas!!! Trzy opowiadania HG-DM/HG-HP napisane przez Cassandrę Claire (obecnie: Clare)-autorkę Darów Anioła oraz Diabelskich maszyn. Naprawdę gorąco polecam :)
Pozdrawiam i jeszcze raz WESOŁYCH ŚWIĄT!!!
Cassandra

piątek, 22 listopada 2013

Sowa




Kochani!
Ponieważ nie udało mi się znaleźć rozwiązania, jak naprawić bloga chyba muszę załatwić to w ten sposób. Zachowam wszystkie wpisy na komputerze (biblioteczkę też) i usunę bloga. Później stworzę go od nowa pod takim samym adresem i postaram się, żeby wszystko wyglądało tak samo. Niestety będę musiała rozstać się z tymi 1850 wejściami i 36 komentarzami, ale czego się nie robi, żeby ratować bloga :)
Ściskam i przepraszam za moją bardzo biedną wiedzę komputerową :) 
Cassandra 
Ps. Jeśli ktoś jednak wie co trzeba zrobić, żeby wszystko działało jak należy (opisałam to przy poprzedniej notce) proszę się do mnie zgłosić do jutra, d godz. 15:30. Kontakt: http://ask.fm/CassandraFollow i cassandra.follow@gmail.com



Wklejam tu również tą notkę, żeby ci, co nie przeczytali jej poprzednio nie byli zdezorientowani widząc inny szablon, minejszą liczbę wyświetleń i brak komentarzy :)

Pozdrawiam
Cassandra

Rozdział 7

Hej, Najlepsi!
Rozdział już teraz, bo jestem w niesamowicie dobrym nastroju po skończeniu "Quo vadis"! Nigdy więcej nie tknę tej książki. Oczywiście innym może się podobać, ale ja Sienkiewicza po prostu nie trawię :). No, a poza tym jestem chora, więc jeśli tak dalej pójdzie w najbliższym tygodniu możecie się spodziewać jeszcze jednego rozdziału :). Jak mogliście zauważyć coś mi się napsuło z blogiem i na przykład "biblioteczka" zjechała mi pod wpisy. Albo jak się naciska "komentarze" po postem to się nie podświetla ani nie pokazuje. Nie wiem co to jest i jak to naprawić. Próbowałam nawet zmieniać szablon, usuwać wszystkie gadżety i wstawiać od nowa, nic. Jeśli ktoś wie co to i jak z tym walczyć to proszę napisać na aska lub maila: http://ask.fm/CassandraFollow lub cassandra.follow@gmail.com
A no i dziękuję Lili Potter za komentarz pod poprzednim rozdziałem.
Pozdrawiam
Cassandra 

Hermiona
Budzik zadzwonił o siódmej, co oznaczało, że mam jeszcze półtorej godziny do lekcji. Wstałam i tryskając energią ruszyłam do łazienki. Dzisiaj pierwszy dzień nowego, ostatniego roku w Hogwarcie, trzeba jakoś wyglądać.-pomyślałam. Umyłam zęby, umalowałam się i rozczesałam włosy. Przebrałam się w szaty, spakowałam torbę i wyszłam z pokoju zamykając drzwi zaklęciem. Kiedy schodziłam po schodach zobaczyłam, że z drugiej strony idzie Malfoy. Niech go szlag-pomyślałam.
- Nie wiedziałem, że jesteś rannym ptaszkiem, Granger. - rzucił od niechcenia.
- Myślałam, że fretki lubią długo spać. - zaraz po wypowiedzeniu tego zdania potknęłam się zapominając o ostatnim schodku i psując tym samym efekt tego zdania.
Gdyby nie to, że Malfoy, który już zszedł przytrzymał mnie za ramię jak nic bym się wywaliła. Jednak nie mogłam dać mu tej satysfakcji.
- Nie boisz się, że ubrudzisz się szlamem? - zapytałam z kpiącym uśmieszkiem.
- Na Salazara, Granger, odpuściłabyś trochę.
- Ty nie odpuszczałeś przez siedem lat.
- A podobno to ślizgoni są pamiętliwi.
 - Czyżbyś sugerował zakopanie topora wojennego? - zapytałam ironicznie.
- Może nie od razu, ale moglibyśmy nie skakać sobie do gardeł przy każdej okazji.
- Nie wierzę, że słyszę to z twoich ust, Malfoy.
- Czy to oznacza, że zgodę?
- Sam sobie odpowiedz na to pytanie. Podobno ślizgoni są sprytni.
Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że on wciąż trzyma moje ramię. Wyszarpnęłam je z uścisku i wyszłam z pokoju zostawiając Malfoy'a samego.

Draco
W momencie, w którym drzwi za Granger się zamknęły po schodach zszedł Blaise pogwizdując jakąś wesołą melodię.
- Co tam, Smoku? Masz minę jakbyś zobaczył Snape'a myjącego włosy.
- Właśnie zaproponowałem Granger zgodę. - powiedziałem dziwnym głosem, bo właściwie dopiero teraz dotarło do mnie co zrobiłem.
Ja, Draco Malfoy, przystojny, seksowny młody bóg, czystokrwisty arystokrata, zaproponowałem Hermionie Granger, małej mugolaczce z Gryffindoru zgodę. To oznacza tylko jedno. Zdecydowanie potrzebuję kofeiny.
- Co jej zaproponowałeś? - zapytał Diabeł szczerze zdziwiony.
- Potrzebuję kawy. Dużo kawy.

Hermiona
Kiedy weszłam do Wielkiej Sali zauważyłam Rona i Harry'ego przy stole Gryffindoru. Podeszłam i usiadłam na przeciwko nich.
- Nie dostałem powiadomienia o pogrzebie. Nie zostałem zaproszony czy Malfoy jeszcze żyje? - przywitał mnie Harry nie odrywając wzroku od egzemplarza Proroka codziennego, który trzymał.
- Żyje. Jeszcze. - powiedziałam kładąc nacisk na ostatnie słowo. Wzięłam głęboki wdech. - I przed chwilą zaproponował mi zgodę.
Ron zakrztusił się kawą, a Harry spojrzał na mnie wielkimi oczami.
- Co zrobił? - zapytał Wybraniec klepiąc przyjaciela po plecach.
- A Zabini zrobił to sama wczoraj. Ale on nigdy nie był taki jak Malfoy, co zresztą było widać po sposobie w jaki to mówił. On jest po prostu takim idiotą, że...
- Kto jest idiotą, Mionuś? - usłyszałam za sobą głos tego właśnie idioty.
Odwróciłam się.
- Akurat mówiliśmy o tobie, Zabini.
Ślizgon władował się na wolne miejsce obok i objął mnie ramieniem.
- Ale przyznaj, że jestem niesamowicie przystojnym idiotą. - poruszył znacząco brwiami.
- Pozostawię to bez komentarza. - powiedziałam i zaczęłam smarować tosta masłem.
- No przyznaj. - marudził trącając mnie ręką.
- Mogę przyznać, że jesteś niesamowicie upierdliwy.
- Ale nie uważasz, że życie beze mnie byłoby niesamowicie nudne?
- Z całą pewnością byłoby niesamowicie spokojne.
- Ależ, Mionuś! Czymże jest spokojne życie, kiedy masz do wyboru życie ze mną?
- Niesamowitym błogosławieństwem. - odparłam z uśmiechem. - Gdzie zgubiłeś tchórzofretkę?
- Nie chciał zbrukać honoru swojej rodziny i usiadł przy stole Slytherinu. Ale jeśli chcesz, to zaraz po niego pójdę...
- Panie Zabini, co pan tu robi? - rozległ się głos profesor Mcgonagall.
- Integruję się, pani profesor. - posłał jej jeden ze swoich firmowych uśmiechów i przyciągnął mnie mocniej do siebie.
- To proszę to robić trochę ciszej. Nie wszyscy chcemy słuchać o tych wszystkich błogosławieństwach, którym pan usilnie zaprzecza.
- Czy sugeruje pani, pani profesor, iż chciałaby się pani profesor mnie pobyć? - ślizgon dramatycznym gestem położył sobie dłoń na sercu. - To boli. O tutaj. - poklepał się po piersi.
Dyrektorka uśmiechnęła się jakby chciała powiedzieć "on jest niemożliwy".
- Panno Granger, chcę widzieć panią, pana Zabiniego, pannę Weasley i pana Malfoy'a dzisiaj o dwudziestej w moim gabinecie.
- Oczywiście pani profesor. - powiedziałam.
Mcgonagall odeszła od nas uśmiechając się mrucząc pod nosem "oj, będzie ciężko".
- To co? Iść po Draco? - zapytał Zabini.
- Nie... - zaczęłam, ale on już wstał.
- No to idę. Jeśli nie wrócę za minutę, to znaczy, że zostałem brutalnie zamordowany za zbrukanie honoru Malfoy'ów. Powiedz Snape'owi, że zawsze go kochałem. - powiedział to w taki sposób, że nie sposób było się nie roześmiać.
Kiedy odszedł w kierunku stołu ślizgonów spojrzałam na Harry'ego i Rona. Obaj mieli wielkie oczy i dziwne miny.
- Czy Zabini, najlepszy kumpel Malfoy'a właśnie siedział przy naszym stole, gadał  z tobą jakbyście znali się od dziecka, a później żartował z Mcgonagall? - zapytał Harry.
- Jak widać. - powiedziałam wzruszając ramionami. Mimo wszystko polubiłam tego idiotę.
- Dlaczego on cię obejmował. - Ron nagle się oburzył.
- Nie wiem. - odpowiedziałam nawet na niego nie patrząc.
- Przyzwyczaiłaś się do tego, tak?! - Ron zrobił się cały czerwony.
- O co ci chodzi, Ron? - zapytałam. - Jejku, wielkie rzeczy Blaise Zabini mnie objął! Masz z tym jakiś problem?
- A żebyś wiedziała, że mam!
- A możesz mnie oświecić dlaczego?!
Na chwilę umilkł, a  później powiedział trochę ciszej:
- Bo nie chciałbym, żeby wszyscy gadali.
- Gadali o czym?! - podjudzałam go. - No dalej, Ronald! Powiedz to! O czym mieliby gadać?!
- Że się puszczasz!
- Tak właśnie uważasz?! - wstałam i Ron zrobił to samo. - Za taką mnie masz?! Na jakiej podstawie tak twierdzisz, co?!
- A chociażby na tej, że ledwo się rozstaliśmy w wakacje, a ty już byłaś z tym mugolem!
- Raz byłam z nim w kinie, Ronald! Może idź do biblioteki, weź sobie słownik i poszukaj tam słowa "puszczalska"? Albo popatrz sobie na Greengrass!
Ron odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi zaciskając pięści.
- Czyli wybierasz słownik?! Uważaj, bo tam jest dużo literek! - opadłam na ławkę dysząc ze wściekłości.
- Co się z nim dzieje? - zapytał Harry kręcąc głową.
- Nie wiem, ale jeśli mnie nie przeprosi, to będę miała lepsze stosunki z Malfoy'em niż z nim.
W tym momencie do naszego stołu podszedł Zabini.
- Co mnie ominęło? - zapytał rozwalając się obok mnie.
Za nim usiadł Malfoy.
- Czemu łasic wyszedł z miną jakby ktoś mu zabrał pączka? - zapytał.
- Aż tak cię to obchodzi, Malfoy?
- A i owszem.
- Wkurzył się, bo Zabini mnie objął. A później nazwał mnie puszczalską.
- Mam mu wygarnąć? - zapytał Blaise.
- Nie, dzięki. Szkoda czasu.
- Racja. - powiedział i uśmiechnął się. - Ale zobacz! Udało mi się ściągnąć tu Smoka! Specjalnie dla ciebie, kotku.
- Nie nazywaj mnie kotkiem.
- Dobrze, złotko.
Wzniosłam oczy ku niebu, a później spojrzałam na Harry'ego. Był lekko zmieszany.
- Chyba pójdę po Ginny. - powiedziałam i już miałam wstać, kiedy Zabini przytrzymał mnie za ramię.
- Nic nie zjadłaś. - zauważył Harry patrząc na mój talerz z tostem i jajecznicą.
Usiadłam i zjadłam szybko połowę. Malfoy i Blaise jak gdyby nigdy nic nałożyli sobie po toście z dżemem i zjedli. Wstałam i ruszyłam w stronę wyjścia. Po chwili dogonił mnie Harry.
- Chcesz porozmawiać z Ronaldem? - zapytałam sądząc, że właśnie to jest celem Wybrańca.
- Nie. - pokręcił głową.-Przesadził. Tym razem nikt mu nie pomoże w powiedzeniu "przepraszam".
- Zauważyłeś, że zawsze to on zaczyna? Przed turniejem Trójmagicznym, jak szukaliśmy horkruksów...
Skinął głową i przez chwilę milczeliśmy.
- Mimo wszystko to naprawdę dziwne, że tak dobrze dogadujecie się z Zabinim.
- Może i tak, ale on naprawdę jest w porządku. - powiedziałam z uśmiechem.
- Skoro tak mówisz... - Harry odwzajemnił uśmiech. - Ale do Malfoy'a mnie nie przekonasz.
- Spokojnie, nie mam zamiaru.

Sowa

Hej, kochani!
Rozdział już niedługo, ale jak narazie chciałam was poinformować o tym, że założyłam drugiego bloga tym razem nie potterowskiego. Jest on kontynuacją "Trylogii czasu" Kertin Gier. Zapraszam wszystkich, którzy czytali, a tych co się jeszcze nie spotkali z tytułem gorąco zachęcam do przeczytania serii :). Oto adres:
gideon-gwendolyn-milosc-poza-czasem.blogspot.com
   Pozdrawiam :)
Cassandra




Rozdział 6

Kochani!
W związku z tym, że ostatni rozdział był krótki i w zasadzie nic nie znaczący postanowiłam poświęcić moment, kiedy powinnam uczyć się do matematyki i napisać coś, co zadowoliłoby i was i mnie :). Szczerze mówiąc ostatni rozdział nie podobał mi się, ale już strasznie długo nic nie wstawiałam, a poza tym dało mi to motywację, do tego :)
Już nie przynudzam :*
Cassandra

Draco
Usłyszałem jakiś huk i kiedy odwróciłem się od książek zobaczyłem rudą Wesley'ównę, która stoi nad Blaisem z wyrazem furii i równocześnie samozadowolenia na twarzy. Granger stała obok i patrzyła na nich z rozbawieniem.
- Granger, czy mogłabyś zabrać tę małą seksowną rozwścieczoną wiewiórkę z tego pokoju zanim mnie zabije, albo co gorsza, wykastruje. - wzdrygnął się z udawanym przestrachem, a z oczu wiewiórki dało się wyczytać, że albo ktoś ją przytrzyma, albo udusi tego idiotę gołymi rękami.
- Miona... - zaczęła z groźbą w głosie, ale Granger już wzięła ją za rękę i poprowadziła po schodach do ich sypialni.
- Nie możesz sobie odpuścić, prawda Blaise? - zapytałem podchodząc i pomagając mu wstać.
- Nie mogę, stary. Nie kiedy ta mała, ruda, słodka, urocza seksowna wiewióreczka lata mi koło nosa. A do tego tak słodko się złości... I w ogóle jest taka słodka...
- Zdajesz sobie sprawę, że powiedziałeś "słodka" trzy razy?
- Absolutnie i całkowicie tak.

Hermiona
Kiedy już w miarę uspokoiłam Ginny odesłałam ją do siebie, a sama wreszcie miałam chwilę, by przyjrzeć się swojemu dormitorium. Miało czerwone ściany i podłogę z ciemnego drewna. Jak się wchodziło po prawej był nieduży kominek, dwa czerwone fotele i mały stolik, a na lewo czerwona kanapa, a dalej stała jeszcze olbrzymia drewniana szafa. Na wprost było podwyższenie, na którym stało olbrzymie łóżko z baldachimem. Dalej pod oknem było biurko z ciemnego drewna oraz stolik, na którym stał dzbanek z wodą. Mój kufer już tu był, więc postanowiłam się rozpakować. Wszystkie ubrania poukładałam albo powiesiłam w szafie, a szlafrok, płyny, szczoteczkę do zębów i kosmetyki zaniosłam do łazienki. Później wykąpałam się, przebrałam w pidżamę, umyłam zęby i położyłam się do łóżka z zamiarem poczytania. Jednak nie dane mi było nawet przeczytać jednej strony, ponieważ rozległo się pukanie do drzwi. Przekonana, że to Ginny krzyknęłam "Proszę!" nawet nie podnosząc wzroku znad książki. Drzwi zaskrzypiały i czyjaś głowa wsunęła się do środka.
- Mogę? - usłyszałam głos Zabiniego.
Tak się zdziwiłam, że aż książka wypadła mi z rąk na co on tylko wyszczerzył się jeszcze szerzej. Wciąż w będąc szoku skinęłam głową. Slizgon wszedł do pokoju zamykając za sobą drzwi i stanął obok łóżka.
- O co chodzi, Zabini? - zapytałam kładąc książkę  na łóżku.
- Tak sobie pomyślałem...
- To już połowa sukcesu. - mruknęłam, a on się uśmiechnął.
- Myślałem, że skoro mieszkamy razem i w ogóle... To moglibyśmy rozmawiać ze sobą jak cywilizowani ludzie. Ja osobiście nigdy nic do ciebie nie miałem... Poza tym świetnie do siebie pasujemy. Oczywiście pod względem przyjaźni...
- Jasne, a teraz tak naprawdę chcesz mnie wykorzystać, żeby zarywać do Ginny.
- No widzisz! To wcale nie są plotki, że ty i ja jesteśmy najmądrzejszymi czarodziejami od czasów samej Roveny Rawenclaw!
Spojrzałam na niego ironicznie, a on dodał:
- I rozumiemy się bez słów. - przekonywał mnie dalej.
- Aha, czyli zrozumiałeś przekaz, że jesteś idiotą?
- Oczywiście! - cały się rozpromienił. - To jak? Będziemy przyjaciółmi, prawda?
Roześmiałam się. Jego głupocie chyba nie można się oprzeć, bo odpowiedziałam mu:
- Niech ci będzie, idioto.
Kiedy to usłyszał wyciągnął ręce w moją stronę, podniósł mnie z łóżka i zaczął obracać dookoła. Zapiszczałam i krzyknęłam, żeby mnie postawił, a on uczynił to śmiejąc się tak głośno, że gdyby nie zaklęcie wyciszające cały zamek by nas usłyszał.
- Ty naprawdę jesteś idiotą. - stwierdziłam kręcąc głową.
- Słyszałem to tyle razy, że nie robi to już na mnie wrażenia.
Usiadłam na łóżku, a on bez zaproszenia rozwalił się na nim. Oj, będzie ciężko... - ale przynajmniej zabawnie.
- Malfoy nie wie, że tu przyszedłeś, prawda?
- Oczywiście, że nie! Przecież by mnie zabił! Zazdrosny facet jest zdolny do wielu rzeczy. A zazdrosny Smok do wielu innych...
- Czemu Smok? - zapytałam.
Zamyślił się.
- Już nawet nie pamiętam. Pewnie jak byliśmy mali w coś się bawiliśmy.
- A ty? Jak cię nazywają? - spytałam kładąc się obok Zabiniego.
- Diabeł. - uśmiechnął się do mnie.
- Taak, tu jestem w stanie się domyślić, dlaczego... - odwzajemniłam uśmiech.
- No dobra, to teraz powiedz mi co mogę zrobić, żeby zaimponować tej małej nieprzystępnej wiewiórce.
- Myślę, że już wystarczy przyjaźni jak na jeden dzień. - powiedziałam siadając i wskazując mu ręką drzwi.
- No Miona... Nie bądź taka! Ja już nic o wiewiórce nie powiem! Proooooszę... Pozwól mi zostać...
Pokręciłam głową, wstałam, wzięłam go za rękę i pociągnęłam w stronę drzwi.
- Pogadamy o książkach? Lubisz książki, prawda? A może o mugolskich rzeczach? Uważam, że telewizja jest świetna!
- Przykro mi, Zabini. Integracja zakończona. Pogadamy jutro.
- No cóż... Jedyne co mi pozostaje to stwierdzenie, iż jesteś bezduszną i okrutną istotą. Żegnaj. - to mówiąc pocałował mnie w policzek i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
Oparłam się o nie i po raz kolejny tego dnia pomyślałam: Oj, będzie ciężko...

Draco
Właśnie wyszedłem z łazienki w samym ręczniku owiniętym wokół bioder, kiedy do mojego dormitorium wparował Zabini.
- Na Salazara, Blaise! Może byś chociaż pukał. - rzuciłem bardziej z przyzwyczajenia.
- Tak sobie właśnie pomyślałem...
- To już połowa sukcesu. - mruknąłem pod nosem.
- Właściwie to, dlaczego tak bardzo nienawidzisz Hermiony?
- Granger? - zapytałem zwlekając z odpowiedzią.
- A znasz jakąś inną Hermionę?
- W domu ojciec nauczył mnie, że wszyscy nieczytokrwiści czarodzieje są gorsi, a ci mugolskiego pochodzenia w ogóle nie powinni istnieć. Zaczęło się w pierwszej klasie i... jakoś tak zostało. - wzruszyłem ramionami.
- A nie mógłbyś się z nią pogodzić...?
- A myślałeś o wizycie w Mungu?
- Nie, ja mówię serio.
- Ja też.
- Ale dlaczego?
- Ty chyba czasami masz dziwne przejawy gryfonizmu. Jestem ślizgonem z krwi i kości. Ja się mszczę za wszystko, a nie godzę się czy wybaczam.
- To może powinieneś zacząć. - odparował Blaise nagle zdenerwowany. - Ona naprawdę nie jest taka zła.
- A skąd ty to tak dobrze wiesz?
- Bo właśnie poszedłem do niej i zaproponowałem zgodę. Ale nie myśl, że mówiłem za nas dwóch. - to mówiąc wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
Usiadłem na łóżku nagle odczuwając całe zmęczenie z tego dnia.
- Oj, będzie ciężko... - powiedziałem do pustego pokoju.

Rozdział 5

Kochani!
Strasznie was przepraszam, że tak długo nie pisałam, ale najpierw była końcówka wakacji i latałam jak głupia szukając zeszytów i podręczników i poza tym nie miałam żadnego pomysłu na ten rozdział. Teraz była szkoła (w moim przypadku nowa) i musiałam się tam jakoś odnaleźć. Od tego momentu postaram się systematycznie wstawiać rozdziały co weekend, ale nie obiecuję, bo moja szkoła jest strasznie czasochłonna i wymagająca ;).
Pozdrawiam Ps. Przepraszam, że tak krótko ale pisałam na telefonie. Następny rozdział postaram się napisać szybciej i obiecuję, że będzie dłuższy :)

Hermiona
Szłam w kierunku gabinetu profesor Mcgonagall pewnym siebie krokiem. Malfoy wlókł się za mną mrucząc pod nosem wiązanki przekleństw. Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce Ginny i Zabini znowu się kłócili, a profesor Mcgonagall usiłowała ich rozdzielić zanim dojdzie do rękoczynów. Kiedy nas zobaczyła na jej twarzy odmalowała się wyraźna ulga. 
- Panna Granger! Pan Malfoy! Dobrze, że już jesteście. Panie Malfoy, proszę okiełznać pana Zabiniego. Panno Granger...
- Oczywiście. - powiedziałam, podeszłam do Ginny i złapałam ją za ręce. Malfoy był mniej delikatny. Zdzielił Zabiniego po głowie, a później założył mu "dźwignię" i skinął głową do dyrektorki, że już skończył.
- Dziękuję. Proszę za mną. - dyrektorka ruszyła w kierunku schodów, a my, wciąż trzymając pozostałą dwójkę poszliśmy za nią.

***
Profesor Mcgonagall zaprowadziła nas do wierzy wyrastającej ze środka zamku. Została wybudowana po bitwie i wejście do niej ukryto za wielkim bogato zdobionym lustrem u dołu którego po dwóch stronach siedziały złote lwy. Całą ramę oplatały dwa misternie wyrzeźbione srebrne węże ze szmaragdami zamiast oczu. Nad ich głowami stykającymi się na środku u góry było wyryte "ab odio ad amorem", czyli po łacinie "od nienawiści do miłości". Dyrektorka wyciągnęła różdżkę i stuknęła delikatnie, acz stanowczo w lustro i szepnęła:
- Aperi. - Lustro odchyliło się przed nią i profesor Mcgonagall powiedziała:
- Stuknięcie w taflę lustra działa tylko u nauczycieli. W waszym przypadku jest trochę inaczej. Panna Granger musi stuknąć różdżką w lwa po prawej i wypowiedzieć hasło, które uprzednio wymyśli. Panna Weasley to samo tylko z lwem po lewej. - westchnęła. - Może pan już puścić pana Zabiniego, panie Malfoy. Pan musi zrobić to co panna Granger i panna Weasley z prawym wężem, a pan Zabini z lewym. Uczniowie, którzy będą mieli do was jakieś prośby lub pytania zostaną zatrzymani przez lwy, a państwo zostaną powiadomieni o tym przez węże, oczywiście jeśli będziecie w środku. No dobrze, zapraszam do środka.
Weszliśmy za profesor Mconagall i to co zobaczyliśmy sprawiło, że zaparło mi dech w piersiach. Staliśmy w dużych rozmiarów okrągłym pokoju o ciemnoczerwonych ścianach, podłodze z ciemnego drewna i całej masie okien ozdabianych srebrnymi ramami. Na wprost od nas znajdowały się również srebrne drzwi. Po obu ich stronach znajdowały się drewniane schody i na ich szczycie kolejna para drzwi. Po mojej lewej stał srebrny stół z misternie rzeźbionymi nogami i blatem, na którym stały różne półmiski z przekąskami i dzbany z napojami. Dalej było mnóstwo regałów z książkami, które zajmowały większą część powierzchni ścian i stół, przy którym można było odrabiać lekcje. Po lewej natomiast stała wielka ciemnobrązowa sofa, po jej lewej dwa czerwone fotele, a po prawej zielone. Przed sofą znajdował się olbrzymi kominek, a nad nim wisiało wielkie godło Hogwartu. Na podłodze rozciągnięty był bordowy dywan, który aż prosił, żeby się na nim położyć. Wszystko tworzyło cudowną całość. Profesor Mcgonagall znowu zaczęła mówić:

- Schody na lewo prowadzą do dormitoriów pana Malfoy'a i Zabiniego, a te na prawo do dormitoriów panny Granger i Weasley. Przez środkowe drzwi wchodzi się do wspólnej łazienki. Tak jak już mówiłam w pociągu przy każdej sypialni jest mniejsza osobna łazienka. To chyba wszystko. Czy ktoś ma jakieś pytania? 
- Pani profesor, czy mogłaby mi pani zdradzić dlaczego wybrała pani tego kretyna na prefekta? - zapytała Gin z przekąsem. 
- Udam, że tego nie słyszałam, panno Weasley. - powiedziała dyrektorka rzucając jej groźne spojrzenie. - Skoro nie ma innych pytań żegnam państwa. Dobranoc. 
- Dobranoc, pani profesor. - powiedzieliśmy wszyscy. Kiedy tylko Mcgonagall opuściła pokój Zabini i Ginny znowu zaczęli się kłócić, a ja postanowiłam przyjrzeć się bliżej biblioteczce. Jednak kiedy zobaczyłam, że Malfoy też tam zmierza zmieniłam kierunek i poszłam obejrzeć łazienkę. Kiedy otworzyłam drzwi owionął mnie cudowny zapach jaśminu. W całym pomieszczeniu były porozstawiane świece zapachowe i były one również jedynym źródłem światła, ponieważ olbrzymie okno było zasłonięte przez fioletową kotarę. W prawym rogu stał drewniany parawan a za nim znajdowała się półka na ubrania i toaleta. Obok parawanu stała srebrna umywalka a naprzeciwko niej po drugiej stronie łazienki ogromna wanna z mnóstwem kurków, płynów i świec porozstawianych dookoła. Przy wannie był mały stolik i wieszak, na którym można wieszać szlafroki. Na samym środku leżał wielki puchowy fioletowy dywan, a całą ścianę za wanną i na przeciwko niej pokrywały lustra. 
- Gin! - zawołałam. - Chodź tu! Musisz to zobaczyć! - Ginny podeszła do mnie i szczęka jej opadła. Gapiła się na pomieszczenie już jakąś minutę kiedy poczułam, że ktoś się nad nami nachyla i szepcze: 
- Zobaczysz, wiewiórko, jeszcze będziesz mnie błagać o wspólną kąpiel.

Miniaturka "Proszę, obudź się"

Kochani!
Na początek coś miłego: Tak jakoś mi się zebrało i napisałam tę miniaturkę. Moim natchnieniem była "Psia miniaturka" Venetii Noks. Coś mnie wzięło i wyobraziłam sobie Draco w kitlu :).
No a teraz coś smutniejszego. Przynajmniej dla mnie. Od wstawienia ostatniego rozdziału przybyły 142 wejścia. Bardzo się cieszę, że w ciągu tych pięciu dni aż tyle osób zajrzało na mojego bloga, ale chodzi o to, że pomimo tych wszystkich wejść pojawiły się zaledwie dwa komentarze, w tym jeden usunięty. Dodatkowo oba zostały napisane przez tą samą osobę, chwała Ci Caroline Adams "Szczur". W związku z tym proszę o korzystanie z zasady "CZYTASZ=KOMENTUJESZ", którą, przyznaje się, podpatrzyłam u Lili Potter :). A tobie, Szczurze, dedykuję tę właśnie miniaturkę. Mam nadzieję, że nie narobię błędów ;)
Pozdrawiam
Cassandra

Pewnego mroźnego wieczoru młoda brązowowłosa kobieta po wielu nadgodzinach w końcu wyszła z pracy. Przed budynkiem Ministerstwa Magii panowała zamieć śnieżna. Wiał straszliwy wiatr i nic nie było widać. Hermiona Granger szczelniej owinęła się płaszczem i cicho przeklinała swojego szefa, który znowu kazał jej zostać do tak późnej godziny. Musiała tylko dojść do jakiejś mniejszej, pustej uliczki, bo mimo pory i pogody Londyn nadal pozostawał Londynem. Na ulicach były tłumy ludzi. 
- Cholera. - mruknęła po raz kolejny kiedy jakiś facet trącił ją ramieniem na tyle mocno, że się zachwiała. - Zero kultury. Nawet przepraszam nie powiedział.
Sfrustrowana prychnęła i ruszyła dalej. W końcu znalazła miejsce, w którym spokojnie mogła by się deportować. Już miała to zrobić kiedy usłyszała jak ktoś podbiega i krzyczy:
- Venenum occidit*!
Nim zdążyła choćby się uchylić. Zaklęcie trafiło ją prosto w pierś i nie mogła wydobyć z siebie nawet słowa. Kiedy upadła na ziemię przeszył ją paraliżujący ból. Nie mogła poruszyć żadną częścią ciała, poczuła jednak pod głową coś mokrego. Krew. Później straciła przytomność. Jej ostatnią myślą było: Szef mnie zabije jeśli jutro nie przyjdę do pracy.

***

- Mamy młodą czarownicę porażoną czarnomagiczną klątwą! - krzyknęła jedna z uzdrowicielek do swoich współpracowników. - Malfoy, Davies, zajmijcie się nią! 
Draco Malfoy, świeżo upieczony magomedyk, szybko przejął pacjentkę i nawet się jej nie przyglądając. Jego przyjaciel, Scott Davies poszedł przodem, żeby znaleźć salę. 
- Wiadomo co to było za zaklęcie? - spytał uzdrowicielki, która przydzieliła mu zadanie. 
- Nie. Musicie się tego dowiedzieć. - powiedziała pośpiesznie. - A teraz wybacz, ale w jednym odkryto hodowlę Sklątek tylnowybuchowych i kilka osób jest poważnie poparzonych.
Odeszła szybkim krokiem, a Malfoy wreszcie spojrzał na swoją pacjentkę i ze zdziwienia prawie wypuścił różdżkę. Zaatakowaną czarownicą była Hermiona Granger!
- Kto mógł jej to zrobić? - mruknął pod nosem.
Otrząsnął się. Trzeba było ją przecież zbadać i uleczyć. Ruszył przed siebie do sali w drzwiach której czekał na niego Davies. 
- Wiemy jak co jej jest i jak się nazywa? - zapytał kiedy blondyn położył pacjentkę na szpitalnym łóżku. 
- Hermiona Granger. A przynajmniej tak się nazywała w czasach szkolnych. Nie wiem czy wyszła za mąż. I nie wiemy też co to było za zaklęcie. Musimy ją najpierw zbadać. Z tego co widzę ma sporą ranę z tyłu głowy. Całe włosy lepią się od krwi. 

***

W ciągu kolejnych pięciu dni nie znaleźli klątwy, która odpowiadałaby wszystkim objawom. Przez cały ten czas Hermiona Granger nie reagowała na nic. Zupełnie jakby nie żyła, a jednak puls wciąż się utrzymywał. Kiedy Draco Malfoy siedział przy jej łóżku i szukał tego zaklęcia spojrzał na nią, bo wydawało mu się, że usłyszał szelest. Spojrzał i nie mógł oderwać od niej wzroku. Nigdy wcześniej nie zauważył, że ta dziewczyna jest taka ładna. Nagle zapragnął jej dotknąć, złapać za rękę i powiedzieć: "Hermiono, obudź się.". Chciał odgarnąć jej te niesforne brązowe włosy z czoła. I właśnie w tamtej chwili stwierdził,  że choćby miało to trwać dziesięć lat, to znajdzie to głupie zaklęcie i ją wyleczy. Wyleczy, a później przeprosi za te wszystkie lata, kiedy ją gnębił, wyzywał i obrażał. Tamto zachowanie wydało mu się strasznie dziecinne. Pokręcił w końcu głową i wrócił do swoich poszukiwań.

***

Po dwóch tygodniach bezowocnych poszukiwań Draco Malfoy się nie poddawał. Wiedział, że jej puls z dnia na dzień słabnie i, że jeśli szybko nie dowiedzą się co to za klątwa w końcu całkiem zniknie. Dochodziła druga w nocy, a on wciąż siedział w swoim gabinecie z zapaloną lampką na biurku i wertował opasłe tomiszcze pod tytułem "Czarnomagiczne klątwy i jak je zwalczyć". Zarywał już trzecią noc z rzędu. Oczy same mu się zamykały ale wtedy wlewał w siebie kolejną kawę i jakoś funkcjonował przez kolejną godzinę. Wodził nieprzytomnym spojrzeniem po kolejnej stronie i nagle:
- Mam! - krzyknął. Śpiący na kanapie Scott całkowicie go ignorując zachrapał i obrócił się na drugi bok. Blondyn podszedł do niego i potrząsnął nim.
- Co jest? - mruknął zaspany Davies. - Pali się?
- Znalazłem! - Malfoy nagle poczuł, że roznosi go energia. Żadna kawa tak na niego nie zadziałała.
- Swój mózg? Gratuluję. Obudź mnie jak zacznie się palić. - burknął i nakrył głowę poduszką.
- Znalazłem tę klątwę! Juz wiem co się stało z Granger i wiem znalazłem sposób na wyleczenie jej! Rusz się! - drąc mu się do ucha zabrał mu poduszkę i zwalił z kanapy.
- Dobra, idę, już, idę. - mruknął pod nosem. - W związku z tym, że właśnie zwaliłeś mnie z kanapy mam prawo podejrzewać, iż poszukiwania twojego mózgu wciąż trwają. 
Malfoy nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Szybkim ruchem zabrał z biurka książkę i teleportował się prosto do sypialni swojego byłego nauczyciela i równocześnie ojca chrzestnego, Severusa Snape'a. 
- Co do diabła?! - krzyknął Snape siadając na łóżku.
- Severusie, potrzebuję eliksiru na jad! Szybko. Tutaj masz wypisane składniki. - rzucił mu książkę.
- Draco, czyś ty na mózg upadł? Pojawiasz się u mnie w sypialni wpół do trzeciej nad ranem i żądasz eliksiru?
- Ty nic nie rozumiesz! Znalazłem sposób, żeby uzdrowić Her...Granger, ale nie uda mi się jeśli mi nie pomożesz. 
- Bierzesz mnie na litość, Malfoy. - westchnął mistrz eliksirów podnosząc się z łóżka. - Wiesz jak tego nienawidzę.
- Dziękuję! - wrzasnął blondyn i Snape już pomyślał, że chrześniak rzuci się mu na szyję i go wycałuje. Wzdrygnął się na samą myśl o tym. Ruszył do swojego laboratorium, a Draco zaraz za nim. 
- Ile ci to zajmie?
- Masz wszystkie składniki?
- Pomóc ci?
- Dasz radę?
- Na pewno się nie pomyliłeś?
- Myślisz, że to zadziała?
Z każdą chwilą miał co raz większą ochotę zabić Malfoy'a. Albo chociaż go spetryfikować. 
- Idź i przynieś mi Ognistej.-warknął. - Stoi w kredensie w salonie.
- Jasne. Już idę. - prawie zaśpiewał Draco i wyszedł z laboratorium.
Severus wykorzystał tę chwilę i zabarykadował drzwi. Po jakichś pięciu minutach usłyszał jak blondyn próbuje wejść i krzyczy, żeby mu otworzył. Uśmiechnął się z triumfem i rzucił zaklęcie wyciszające. Przez następny kwadrans w spokoju kończył eliksir. Później cofnął wszystkie zaklęcia i wpuścił Malfoy'a. Ten rzucił tylko szybkie "Dzięki!" zgarnął książkę i magiczną miksturę i deportował się.
- Najbardziej na świecie nienawidzę zakochanych. - westchnął i poszedł położyć się spać.

***

- Mam eliksir! - wrzasnął Draco kiedy tylko znalazł się w pokoju Hermiony Granger.
Scott, który właśnie, znowu, przysnął na fotelu obok łóżka pacjentki podskoczył gwałtownie słysząc krzyk blondyna. 
- Na Merlina, Malfoy! Jeśli jeszcze raz obudzisz mnie krzykiem lub zrzucaniem z kanapy jak Boga kocham zgłoszę tym wyżej, że wymagasz leczenia psychiatrycznego!
- No już, już. Spokojnie. Musimy podać jej ten eliksir. - podszedł do łóżka Hermiony. - Ja to zrobię, a ty idź powiadom uzdrowicielkę Williams, że znaleźliśmy sposób.
Kiedy Davies wyszedł z pokoju Draco odkorkował fiolkę i pochylił się nad dziewczyną. Delikatnie rozchylił jej usta i nagle poczuł nieodpartą chęć pocałowania jej. Przytknięcia swoich ust do jej cudownych malinowych warg. Pokręcił głową. Po pierwsze: jest nieprzytomna. Po drugie: jest jego pacjentką. A po trzecie: to jest Granger! Tak naprawdę to żaden z tych "powodów" mu nie przeszkadzał. O dziwo trzeci również. Ale musiał uszanować to, że ona może tego nie chcieć... Poza tym lada chwila może tu być jego przełożona i... Cholera! Przecież miał podać jej ten eliksir! Powoli wlał jej do ust niebieski płyn. Trochę pociekło jej po brodzie. Wziął chusteczkę z pudełka na stoliku i wytarł ją delikatnie. Później otworzył książkę na odpowiedniej stronie. Zgodnie z tym co było tam napisane, Hermiona powinna obudzić się do dwunastu godzin. Jeśli to się nie stanie znaczy, że eliksir się nie przyjął bądź został źle sporządzony i... ona umrze.
- Pozostaje tylko czekać i mieć nadzieję. - powiedział i przysunął sobie fotel tak, by był tuż obok łóżka. Usiadł na nim i ujął delikatnie małą dłoń dziewczyny. Będzie tu siedział do czasu, aż się obudzi. 

***

Minęło dokładnie jedenaście godzin i pięćdziesiąt minut, a Draco Malfoy wciąż siedział przy jej łóżku. Przy łóżku Hermiony Granger. Nie raz Scott chciał się z nim zmienić. Nawet uzdrowicielka Williams, jego przełożona proponowała mu, żeby się zdrzemnął. Ale on był nieugięty. Siedział w tym samym miejscu od podania brązowowłosej eliksiru. Od tamtego momentu nawet na moment nie puścił jej ręki. Davies trzy razy przynosił mu herbatę i kawę, ale żadnej nie wypił. 
- Draco, - powiedziała cicho uzdrowicielka Williams. - na pewno nie chcesz, żeby ktoś cię zmienił?
- Nie. - odparł tonem, który sam w sobie oznaczał koniec jakichkolwiek negocjacji.
Nie teraz. Nie kiedy zostało dziesięć minut. uzdrowicielka pokręciła tylko głową i wyszła zamykając za sobą drzwi. Minęło kolejne pięć minut. Nie obudziła się. Kolejne trzy. Nic.
- No, dalej, Granger. - szepnął niepewnie odgarniając delikatnie włosy z jej czoła.
Następna minuta.
- No dalej. - czuł, że głos zaczyna mu się łamać. Ona musi odzyskać przytomność. - Uda ci się. Po prostu otwórz oczy.-poczuł, że łzy płyną mu po policzkach. - Obudź się, Hermiono. Proszę.
Pochylił się i położył głowę tuż obok jej dłoni, którą wciąż trzymał. Usłyszał jak zegar tyka i w końcu dochodzi do pełnego obrotu. Już nie ma szans. To koniec. Nie wyszło. I nagle poczuł, że ktoś ściska jego dłoń.Uniósł głowę i zobaczył, że leżąca w łóżku dziewczyna, Hermiona Granger, z powodu której właśnie płakał, tak, on, Draco Malfoy płakał, patrzy na niego zdziwiona i zmieszana. Zaraz po tym jak zobaczyła łzy na jego policzkach uśmiechnęła się delikatnie i powiedziała cicho:
- Kto by pomyślał, że Draco Malfoy będzie przeze mnie płakał.
A blondyn nie zważając na nic i w ogóle nie zastanawiając się nad tym co robi przysunął się do brązowowłosej i wpił się w jej usta. Ta najpierw była zbyt zdumiona by zrobić cokolwiek, ale zaraz położyła dłoń na karku blondyna i przyciągnęła go do siebie jeszcze bardziej. Kiedy w końcu się od siebie odsunęli Hermiona starła z policzka Draco ostatnią łzę, a on powiedział:
- Czekałem na to całe lata.
Granger uśmiechnęła się.
- I dwanaście godzin.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*Venenum occidit-zaklęcie wymyślone na potrzeby opowiadania

Ps. Jakbyście mieli jakieś pytania: http://ask.fm/CassandraFollow





Coś innego

Kochani!
Przepraszam za kolejną długą przerwę, ale właśnie jestem we Włoszech i prawie w ogóle nie mam dostępu do internetu. Siedzę teraz w kawiarni gdzie mają wi-fi i piszę. Niestety pomysły jak na złość pouciekały mi z głowy. To znaczy ciągle tam są, ale albo dotyczą późniejszych dziejów tego opowiadania, albo czegoś zupełnie innego. Postaram się skończyć następny rozdział tak szybko jak mi się uda, ale nie mogę podać terminu. W zamian za to, że czekacie (za co jestem wam bardzo wdzięczna, szczególnie kiedy widzę te ponad 650 wejść) mam dla was coś co zaczęłam pisać podczas siedemnastogodzinnej podróży. Dzieje się jakby w przyszłości i opowiada o dzieciach Hermiony i Draco, Ginny i Blaise'a i Harry'ego i Luny. Myślę nad założeniem drugiego bloga opowiadającego o nich, ale to zależy od waszej opinii. Wstawiam więc prolog oraz pierwszy rozdział. Piszcie w komentarzach co o tym myślicie. 
Z dedykacją dla wszystkich komentujących!
Pozdrawiam z gorących Włoch!!!
Cassandra

Prolog

-Malfoy i Granger, nie powiem, ciekawa mieszanka.-zaczęła tiara przydziału kiedy tylko założyłam ją i usiadłam na stołku.-Dwie osoby przez lata żywiące do siebie szczerą nienawiść. Bardzo ciekawe... Tylko gdzie by cię tu przydzielić...?
-Może do Gryffindoru...?-podsunęłam niepewnie.
-"Może do Gryffindoru" nie wierzę, że powiedział to ktoś kto nazywa się Malfoy. Jesteś odważna, przyjaciele są dla ciebie najważniejsi... Nadawałabyś się do Grffindoru. Ale jesteś też sprytna i czystokrwista, co z kolei pozostawia ci otwarte drzwi do Slytherinu. Poza tym jesteś nieprzeciętnie inteligentna dzięki czemu bez problemu mogłabyś trafić do Revenclawu... Jednak skoro chcesz... Niech ci będzie: Gryffidor!
Szczęśliwa zdjęłam tiarę przydziału i pobiegłam do stołu gyffonów przy którym rozległy się oklaski i wiwaty. Usiadłam obok ciemnowłosej dziewczyny, na oko trzynastoletniej.
-Cześć.-powiedziała uśmiechając się do mnie.-Nazywam się Sara Johnson.
-Alicia Malfoy.-odwzajemniłąm uśmiech i odgarnęłam kosmyk niesfornych brązowych włosów z czoła.-Czy twoja mama to...?
-Angelina Johnson? Tak, ciągle gra w quiditcha i w sezonie prawie nie ma dla mnie czasu. A twoją mamą jest jedna z Wielkiej Trójki? Hermiona Granger?
-Tak.-odparłam.-Teraz Malfoy.
-Oczywiście, czy to nie było tak, że oni się nienawidzili? Twoi rodzice? Mama mi opowiadała...
-Było i preminęło.-uśmiechnęłam się.-Są przykładem na to, że od miłości do nienawiści droga niedaleka, a i tego, iż te dwa uczucia dzieli jedynie cienka ściana, którą przy odrobinie wysiłku da się bardzo łatwo zburzyć.
-Nie widac po tobie, że jesteś z Malfoy'ów. Wydajesz się być miła i z wyglądu też ich nie przypominasz. Oczywiście bez urazy dla Malfoy'ów...
-Nie, spokojnie. Mam oczy po tacie, resztę po mamie. Włącznie z charakterkiem.-uśmiechnęłam się widząc rozbawienie na jej twarzy.
Miła jest.-pomyślałam.-Oj, chyba powinnam zacząć uważać. Zaraz przyjdzie kolej na Jake'a.
Syn wujka Harry'ego tak jak ja trafił do domu lwa. James usiadł naprzeciwko mnie i popatrzył znacząco na Jake'a.
-Jak myślisz, gdzie trafi?-spytał zaniepokojony o swojego najlepszego przyjaciela. 
-Nie wiem. Ma równie duże szanse na Gryffindor jak i na Slytherin. A co z Weasley'ami? Masz z nimi jakiś kontakt?
-Tylko taki jak ty. Jeśli w ogóle możemy zaliczać ciocię Gin do Weasley'ów. Myślę, że trafią do Gryffindoru. W końcu ich rodzice obydwoje byli w Gryffindorze. Nie wiem dlaczego, ale byli. O, kolej na rudzielców.
Rzeczywiście. Rosalie Molly Weasley właśnie została wyczytana przez profesor Mcgonagall. Po krótkiej chwili podeszła zadowolona do naszego stołu powitana oklaskami. Zaraz po niej przyszła kolej na jej brata, Williama Artura, którego również przydzielono do domu lwa. Wreszcie dyrektorka przeczytała:
-Jacob Beleth Zabini.
Nasz najlepszy przyjaciel założył na głowę tiarę przydziału i usiadł na tym samym starym, wysłużonym stołku, na którym siadało mnóstwo tak samo zestresowanych pierwszorocznych.
-A sie porobiło! Znowu połączenie ślizgona i gryffonki! W dodatku z tych samych czasów. Umówili się, że będą mieć dzieci z tego roku, czy co?-po całej sali potoczył się cichy chichot. Jake jak zawsze próbował udawać pewnego siebie, ale i ja i James wiedzieliśmy, że się denerwuje.- No, ale mówi się trudno. Mimo, że twoja matka była z Gryffindoru u ciebie przeważają cechy ojca. Oczywiście, przyjaciele są dla ciebie ważni, ale nie aż tak jak na przykład dla młodej Malfoy'ówny. W takim razie nie pozostaje nam nic innego jak: Slytherin!
Na moment z oczu Jake'a zniknęły te radosne iskierki, które zawsze mu towarzyszyły, nawet w najgorszych chwilach. Jadnak zaraz się otrząsnął, wstał ze stołka, zdjął z głowy tiarę i ruszył w stronę stołu śizgonów, który przywitał go gromkimi oklaskami.Popatrzyłam na Jamesa ze smutkiem, a on pokiwał głową. 
-Wiem. Też bym wolał, żeby był z nami, ale będziemy się widywać na lekcjach, posiłkach, możemy nawet chodzić razem na błonie...
Pokręciłam głową.
-On się przy nich zmieni, J. On już nie będzie tym samym Jake'iem, którego znaliśmy.     


Rozdział 1

6 lat później

Razem z Jamesem wyszliśmy przed dom moich rodziców. Musieliśmy chociaż przez chwile odpocząć od gwaru panującego w środku. To był ostatni dzień przed powrotem do szkoły. Mieliśmy zacząć siódmy i ostatni rok nauki. Ogarnięta jakąś dziwną euforią spowodowaną najprawdopodobniej ostatnimi chwilami wolności krzyknęłam:
-Kto ostatni na łące całuje stopy Filtcha!-rzuciłam się do ucieczki nie czekając na reakcję Pottera.
Usłyszałam, że James biegnie za mną więc przyśpieszyłam. Kiedy byłam mniej więcej w połowie drogi zdałam sobie sprawę, że już go nie słyszę. Rozejrzałam się dookoła. Nie znałam tego miejsca. Nigdzie nie było też go widać.
-J?-zawołałam niepewnie w głąb lasu. Usłyszałam cichy szelest liści.-James?
Nagle poczułam że coś łapie mnie w pasie i ciągnie do tyłu, na ziemię. Pisnęłam cicho ale ktoś zatkał mi usta ręką. Nie wiadomo skąd nade mną pojawił się Jake. Chciałam krzyknąć ale wciąż na mnie siedząc przyłożył mi palec do ust. Rozejrzał się dookoła i zabrał palec.
-Możesz mi powiedzieć skąd się tu wziąłeś? Albo nie. Wiesz co? Najpierw ze mnie zejdź.-powiedziałam to wszystko głosem wypranym z jakichkolwiek emocji.
Jake wstał i podał mi rękę. Nie przyjęłam jednak jego propozycji i podniosłam się sama. Moja cudna delikatnie różowa sukienka wyraźnie ucierpiała przy moim jakże bliskim spotkaniu z glebą.
-Co tu robisz?
-Stoję, skarbie. Nie widzisz?
-Pytam poważnie, Jacob. Co ty tutaj robisz?
-O to już nie jestem "Jake"? "Jakie"?
-Zaczynam tracić cierpliwość.
-Dobrze, już dobrze, skarbie.
-Nie mów do mnie "skarbie"-warknęłam.-Nie jestem twoim "skarbem".
-Ja tak łatwo nie zapominam, kotku.-uśmiechnął się złośliwie.
-Ja też. Wciąż pamiętam jak mnie zwyzywałeś, obraziłeś moją mamę, mojego tatę i Jamesa. Wciąż pamiętam jak twoi rodzice rozpaczali kiedy uciekłeś. Wciąż pamiętam jak ty bez żadnych skrupułów potrafisz rozpieprzyć ludziom całe życie. A teraz, po tym wszystkim bezczelnie przychodzisz do mojego lasu, atakujesz mnie od tyłu, uciszasz i próbujesz bawić się ze mną w swoje głupie gierki nazywając mnie "skarbem"?!
-Ali?-usłyszałam głos Jamesa.-Jesteś tu?
-Tak!-odkrzyknęłam.-Chodź tu, szybko!
Jakieś dziesięć sekund później James wyłonił się z zarośli za mną.
-Co się...?-umilkł widząc Jake'a.-Co on tu robi?-jego głos był równie wyprany z emocji jak mój na samym początku, bo teraz w moim wyraźnie słychać było wściekłość.
-Właśnie próbuję się tego dowiedzieć.-powiedziałam mierząc byłego przyjaciela spojrzeniem pełnym pogardy.-Ale cały czas nie mogę doczekać się odpowiedzi.
-Co tu robisz Jake?-spytał James wchodząc pomiędzy mnie, a Jacoba, żeby w razie czego mógł mnie bronić.-Bez słowa odcinasz się od ludzi, którym na tobie zależało na ponad pół roku, a potem nagle wracasz i myślisz, że wszyscy będą się cieszyć? Naprawdę myślisz...-zaczął kolejne zdanie, ale w tym momencie usłyszeliśmy trzask i Jake'a już nie było.
Aportował się.
-Oczywiście!-krzyknęłam wściekła w głąb lasu.-Uciekaj! To chyba twoja specjalność, prawda?!-opadłam bezsilnie na kolana.
James kucnął przede mną.
-Czemu nie dobiegłaś do łąki?
-Nie wiem. Chyba zboczyłam z drogi. W pewnym momencie przestałam słyszeć twoje kroki, a potem on przewrócił mnie na ziemię i kiedy chciałam krzyknąć uciszył mnie. Kazałam mu z siebie wstać i spytałam co tu robi, a on...-streściłam mu resztę rozmowy.
James patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem wstał i wyciągnął do mnie rękę. Przyjęłam ją i podniosłam się z ziemi. Kiedy już stałam objął mnie i przyciągnął do siebie. Zdziwiłam się trochę, ale po kilku sekundach zdałam sobie sprawę, że czuję się niezwykle bezpiecznie w jego ramionach. Wtuliłam się w niego jeszcze bardziej i mruknęłam prosto w jego błękitną koszulę:
-Jest bardzo miło i w ogóle, ale rodzice chyba będą się o nas martwić, J. Poza tym musimy im powiedzieć o... NIM.
-Wiem.-powiedział z twarzą wciąż ukrytą w moich włosach.
Jednak po chwili odsunął się ode mnie.
-Masz brudną sukienkę.-zauważył.
-Wiem.-westchnęłam.-To przez niego.
-Pomógłbym ci z tym, ale nie wziąłem różdżki.
-Ja też nie. Chodź już. Wracajmy.-szepnęłam i wzięłam go za rękę. Wolałam już nie ryzykować rozłączeniem się w lesie.
Kiedy doszliśmy na skraj lasu zauważyłam moją mamę, mamę Jamesa i mamę Jacoba stojące przed domem i ze zniecierpliwieniem o czymś dyskutujące. Pierwsza zauważyła nas moja mama.
-Ali! James! Gdzie wy się na Merlina podziewaliście?! Co wy sobie myślicie?! Mieliście wyjść tylko przed dom!
-Mogliście nam chociaż powiedzieć, że idziecie do lasu!-zawtórowała jej ciocia Luna.
-Spokojnie, proszę.-powiedział James.-Musimy wam o czymś powiedzieć.
Nasze mamy spojrzały na siebie z przerażeniem.
-Co wy wyprawialiście w tym lesie?!
-Na moment spuścić was z oka!
-Spokojnie. To w zasadzie nic związanego z naszą dwójką. Przynajmniej nie cieleśnie.-powiedziałam i skrzywiłam się trochę zażenowana bezpodstawnymi podejrzeniami naszych mam.-Ale
potrzebujemy, żeby tata i wujek Blaise byli. I wujek Harry też.
-W porządku.-powiedziała już w miarę uspokojona mama.-Chodźcie do środka.
Ruszyliśmy za ciocią Gin i mamami do domu. W salonie siedzieli nasi ojcowie i wujek Blaise popijając ognistą whiskey.
-A nie mówiłem, że będą w lesie.-powiedział tata zanim mama zdążyła otworzyć usta.-Nie powinnaś była tak się denerwować, kochanie.
Usiadłam na kanapie obok niego, a James przycupnął z mojej drugiej strony. Mama usiadła na fotelu i pogłaskała się po swoim ciężarnym już porządnie wypukłym, ośmiomiesięcznym brzuchu. Ciocie usiadły na jednej wielkiej pufie i oparły się jedna o plecy drugiej.
-To co chcieliście nam powiedzieć?-zapytała mama.
-Chodzi o to, że-zaczął James, a ja upewniając się uprzednio czy mama nie patrzy wyjęłam delikatnie tacie szklaneczkę z ręki, dopiłam resztkę bursztynowego płynu i oddałam mu ją. Uśmiechnął się i pokręcił głową z niedowierzaniem. Odwzajemniłam uśmiech i przyłożyłam palec do ust patrząc na mamę. Pokiwał głową ze zrozumieniem ponownie napełniając puste naczynie.-kiedy szliśmy do lasu...
-Ścigaliśmy się na łąkę w samym środku lasu.-poprawiłam go  czując jak rozgrzewający płyn krąży po moim ciele dodając mi odwagi.-To był mój pomysł. Jednak podczas biegu w pewnym momencie musiałam zboczyć z drogi i trafiłam zupełnie gdzie indziej gubiąc w ten sposób Jamesa. Usłyszałam jakiś szelest i potem ktoś pociągnął mnie na ziemię. Stąd też brud na mojej sukience.-ostatnie zdanie wypowiedziałam z niesmakiem i najwyraźniej nieświadomie zrobiłam jakąś śmieszną minę, bo James i tata parsknęli śmiechem i reszta też się uśmiechnęła.-No, ale trudno, wypierze się. W każdym razie kiedy już leżałam na ziemi nade mną pojawił się, a konkretniej usiadł na mnie Jacob.
Wszyscy zamarli. Wszyscy poza Jamesem i mną. Wujek Blaise zatrzymał się ze szklaneczką w połowie drogi do ust, ciocia Luna właśnie poprawiała włosy, a mama drapała się po kolanie. Nikt nic nie mówił. Po minucie absolutnej ciszy w końcu odezwała się ciocia Gin.
-Jacob?-spytała lekko zachrypniętym głosem.-Mój Jake?
Pokiwaliśmy z Jamesem głowami. Po policzkach cioci popłynęły łzy.
-Mówił coś?-zapytał wujek Blaise?-Dlaczego uciekł?
-Nie, ostatecznie nic mi nie powiedział, ale pytałam. Zadałam mu to pytanie conajmniej trzy razy. Jego odpowiedzi były równe z niczym. Oczywiście nie obyło się bez ochrzanienia go za to wszystko. Potem pojawił się James i zaczął przemawiać mu do rozsądku, a on się deportował. Nie wiemy gdzie się udał ani co ma zamiar zrobić.
Wujek Blaise wstał i objął swoją żonę.
-Miona, Draco, myślę, że musimy już iść. Przepraszamy, ale może... Może wrócił do domu i rozumiecie...
-Oczywiście, że rozumiemy, Blaise.-powiedziała mama wstając.-Mam nadzieję, że wszystko w końcu wróci do normy.
-Dziękuję. I wam też, Ali i James. Dzięki wam przynajmniej wiemy...że żyje.
Po tych słowach deportowali się.
-My chyba też powinniśmy się zbierać.-powiedział wujek Harry.-Za dużo wrażeń, poza tym jest już późno, a ty James wciąż nie jesteś do końca spakowany.
Spojrzałam na niego z dezaprobatą. Ja byłam w pełni spakowana już od trzech dni. James uśmiechnął się nieco speszony.
-W takim razie do zobaczenia na peronie.-powiedziałam przytulając go kiedy już żegnaliśmy się przed drzwiami.-Tylko się nie spóźnij.-upomniałam go kiedy już się od siebie odsunęliśmy.
-Ja się nigdy nie spóźniam.-powiedział.
-A ja jestem Dumbledore.-zironizowałam z lekkim uśmiechem.
-Dobranoc.-powiedział cicho patrząc mi w oczy.

-Dobranoc.-szepnęłam odpowiadając mu tym samym.